Język
marzec 23, 2009
Wszyscy, od zawsze, przy każdej okazji, do znudzenia powtarzali mi:
- Bez angielskiego ani rusz! Teraz nauka języków to podstawa! Ucz się angielskiego! Nie poradzisz sobie w życiu bez języków!
- Stop! Przestańcie! Będę robił co JA uznam za słuszne!

Oto krótka historia o tym, pycha i młodzieńcza przekora doprowadziły do najgłupszego buntu w moim życiu. Oraz jak kombinacja szczęścia i cieżkiej pracy sprawiła, że nie będę musiał wypić gorzkiego piwa, którego o mało sobie nie nawarzyłem własną ignorancją.
Na początku, czyli w przedszkolu i podstawówce (klasy 1-3), choć chodziłem na kursy pozalekcyjne, nie nauczyłem się nic. Trudno doszukiwać się szczególnych motywów, które mną kierowały, ale wytłumaczyłbym to brakiem zainteresowania w zdobywaniu wiedzy. Gdy uczęszczałem na zajęcia, przyświecały mi zgoła inne cele. Pewnego razu, idąc na popołudniowe lekcje do szkoły, postanowiłem, że pochwalę się przed kolegami nożem – szwajcarską finką, o której marzyłem i właśnie dostałem w prezencie od dziadka. Afiszowanie się nim skończyło się na tym, że omal nie wyleciałem ze szkoły. Musiałem zrozumieć rodziców innych dzieci, którzy nie mogli skupić się w pracy, mając świadomość, że ich pociechy są narażone na kontakt ze mną. W ten oto sposób skończyłem przygodę z dodatkowym angielskim. Moi rodzice, niezrażeni nieudaną próbą, wysłali mnie na kolejne prywatne zajęcia. Niestety, taktyka aby podzielić koszty z inną osobą skończyła się fiaskiem. W 9 na 10 przypadków wszystko byłoby w porządku, jednak traf chciał, że moim partnerem została niewiasta, której uroda zajmowała mnie daleko bardziej niż angielski alfabet.
Następnie przyszedł okres, w którym moje motywy nie budziły wątpliwości. Postanowiłem się zbuntować: Jak to nie da się osiągnąć sukcesu bez znajomości angielskiego, niemieckiego czy francuskiego? Będę najlepszym w Polsce adwokatem i nie potrzebuje być przy tym poliglotą! Koniec, kropka. Od tego się zaczęło, a później mechanizm sam się nakręcał. Nauka języków obcych stała się moją piętą achillesową, a po pewnym czasie kompleksem: na innych przedmiotach to ja tłumaczyłem innym jeżeli czegoś nie rozumieli, tutaj cała klasa naśmiewała się z mojego akcentu i wymowy. Nałożyła się na to częsta zmiana nauczycieli, podręczników, moja zawziętość i tak w połowie pierwszej klasy liceum obudziłem się, mówią brzydko, z ręką w nocniku. Właśnie wtedy zmieniłem swoje plany na przyszłość, postanowiłem wyjechać na studia zagranicę, i przekląłem swoja głupotę i ignorancję. Jednak jak zawsze spojrzałem na to przez różowe okulary: Całe szczęście, że nie chce zostać biologiem, angielskiego jakoś się nauczę w te dwa lata. Po prostu trzeba będzie przysiąść.
Mój pościg za peletonem rozpocząłem od znalezienia minimalnych wymagań językowych na uczelnie z Wielkiej Brytanii. Po przeczytaniu, że na Oxford czy Cambridge trzeba “pochwalić się” przynajmniej Advanced’em* zdanym na A, lub mitycznym “Profem”** z minimalną oceną B, zadowolony, że wiem już co muszę zdać poszedłem do najlepszej szkoły językowej w Łodzi i spytałem się jak długo zajmą mi przygotowania. Pani lektor, kiedy oceniła mój test (zrobiony w jakiś dziesięciu procentach) powiedziała, że 4 lata, jeżeli będę ciężko pracował, są całkiem realne.
- Ależ oczywiście, dam z siebie wszystko, ale mam tylko 2 lata! – prawie na nią krzyknąłem.
- Mój drogi, pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć, Ty dopiero zaczynasz przygodę z językiem, jesteś na samym początku. – spokojnie zripostowała. – Dobrze, proszę więc zapisać mnie na najwyższy kurs na, którym sobie poradzę!
W drugim semestrze pierwszej klasy liceum zacząłem się uczyć i choć pracowałem dość dużo, to trudno było się zmusić do nauki znienawidzonego przedmiotu tak by progres osiągnął nagle prędkość światła, której niewątpliwe potrzebowałem. W wakacje zmieniłem system na prywatnego lektora, cena nie grała roli – musiałem przyspieszyć. Dużo eksperymentowaliśmy próbując znaleźć metodę, która pozwoli mi pożerać dystans oddzielający mnie od celu, ale żadne próbne testy nie dawały nadziei na spełnienie kryteriów przed końcem trzeciej klasy.
Objawienie spłynęło na mnie zupełnie przypadkowo. Proste rozwiązanie, które powinno natknąć mnie dużo wcześniej. Czy istnieje lepsza możliwość nauki obcego języka niż znalezienie się w społeczeństwie posługującym się nim na co dzień? Wyjazd do anglojęzycznego kraju wydawał się być jedynym rozwiązaniem. Ale zarazem trudną decyzją, bo musiałem opuścić środowisko, w którym było mi dobrze, i zmierzyć się z wyzwaniem, jakim niewątpliwie było zamieszkanie wśród ludzi, których na początku nie będę rozumiał. Podjąłem decyzję. Musiałem.
Pamiętajcie, że przyjechałem do USA z barierą językową, z kompleksem, który ograniczał moje rzeczywiste umiejętności. Elastyczne posługiwanie językiem zawsze ułatwiało mi kontakty z ludźmi, a tu wszystko zostało zredukowane do prostych komunikatów, które dodatkowo musiałem powtarzać kilkakrotnie, aby być zrozumianym. Pierwszy tydzień był dla mnie męką, trudnym doświadczeniem, które, miałem nadzieje, zaraz minie. Przecież okres, kiedy siedzę w jednym pokoju z grupą ludzi przez dwie godziny i nie rozumiem kompletnie nic, oprócz poszczególnych słów, nie może trwać wiecznie. Niestety, czas, kiedy zacząłem rozumieć o czym rozmawiają inni, przyszedł dopiero po 3-4 miesiącach. Główną przyczyną było miejsce, do którego trafiłem. Południowa Karolina to stan z największym współczynnikiem Afroamerykaninów, który sięga 50%. Posługują się oni etnodialektem zwanym potocznie „czarnym angielskim”, niezmiernie różniącym się od tego, który słyszymy w mediach czy siedząc w szkolnych ławkach. Mówią szybciej, bardziej nosowo, ściszają końcówki wyrazów. Jednym słowem, naprawdę ciężko ich zrozumieć. Dodatkowo moja rodzina goszcząca pochodzi z Trynidadu, więc ich wymowa różniła się jeszcze bardziej od standardowej wersji. Slang używany przez rówieśników był kolejną kłodą rzuconą mi pod nogi. Inna składnia, dziwne konstrukcje zdań, właściwie absolutny brak zasad gramatyki, i słowa, używane w zupełnie innych znaczeniach, mnóstwo idiomów, których nie sposób spotkać nigdzie innej, a już na pewno nie w oficjalnych podręcznikach czy gazetach, które stanowiły dla mnie dotąd jedyne źródło poznawania języka. Tak więc stanąłem przed ścianą wielką i masywną, której nie dało się, tak jak planowałem, rozbić samą głową, potrzebowałem drabiny, którą stała się dla mnie determinacja, asertywność i oczywiście czas jaki spędzałem ucząc się.
Jeżeli doba po odjęciu snu ma 17 godzin, to pod odliczeniu dodatkowych dwóch spędzonych na posługiwaniu się polskim, mamy 15 godzin nauki języka każdego dnia. 105 tygodniowo, 4500! podczas mojego całego pobytu. Coś nieporównywalnego z nauką w Polsce, gdzie przy największych wysiłkach nie udawało mi się przekroczyć 2-3 godzin dziennie. Fundamentalna była także różnorodność: czytanie billboardów jadąc samochodem, podręcznika szkolnego, nowych thrillerów Grishama czy Ludluma, książek o Afryce; rozmowa z rodziną goszczącą podczas śniadania, obiadu, ze znajomymi w szkole, z ludźmi w kościele, rozmowy kwalifikacyjne na uniwersytety, rozmowy przez telefon; oglądanie filmów, słuchanie wykładów w szkole, kazań w niedziele; pisanie szkolnych wypracowań, esejów do college’ów, SMS-ów. Język formalny, potoczny, slang, różne środowiska, różne sytuacje. Nauka automatyczna i naturalna.
Przez pierwsze dwa tygodnie, moim nieodzownym towarzyszem była ciężka migrena. Początkowo winą obarczyłem jet laga spowodowanego zmianą strefy czasowej o sześć godzin, jednak później stało się jasne, że powodem jest nadmierny wysiłek intelektualny: bezustanne, nieprzerwane tłumaczenia odbywające się w mojej głowie, każde zdanie pojawiające się po po polsku i misternie, zgodnie z zasadami gramatyki, przekładane na język, zrozumiały dla mojego rozmówcy. Powoli jednak moja pamięć magazynowała coraz więcej konstrukcji gramatycznych, standardowych pytań i odpowiedzi, nowego słownictwa używanego na co dzień. Stopniowo rozmowy stawały się szybsze, bardziej naturalne i niewymuszone. Teraz, po 8 miesiącach, kiedy przez dwa dni nie używam mojego ojczystego języka, to angielskie słowa mają pierwszeństwo. Kiedy przez kilka godzin non-stop czytam książkę lub prowadzę rozmowę zaczynam myśleć po angielsku. Jestem pewny, że proces nauki przyspieszyłbym znacznie gdybym kontaktu z matczyną mową nie miał w ogóle. Oczywiście, było to niemożliwe. Po pierwsze, nie wyprodukowałbym żadnego artykułu (nie brzmi dobrze, prawda?), nie mogłem też ograniczyć kontaktu z rodziną, znajomymi i czytania polskiej prasy w Internecie. Najdłuższa przerwa od tego wszystkiego to podróż do Miami i Trynidadu. 11 dni. Tylko angielski.
Na piękne Karaiby leciałem z przekonaniem, że mój angielski jest już na tyle płynny, że nie będę miał żadnych problemów, kiedy tamtejsze dziewczyny będą mnie zaczepiać na plaży;) Nie musiałem czekać długo, żeby przekonać się jak bardzo się myliłem. Na szczęście jedynie z angielskim. Kiedy po przylocie odebrano nas z lotniska, gościnni tubylcy natychmiast zaproponowali mi piwo, prawie je straciłem, kiedy jakieś pięć razy spytałem się whaat? co? W końcu, jak zawsze w takich sytuacjach, pomógł język migowy, no ale przecież oni mieli mówić po angielsku. I okazało się, że i owszem, mówią, nawet używają całkiem poprawnej gramatyki, a słowa mają normalne, nie slangowe znaczenia. I cóż z tego, jeżeli nie było szansy, żeby zrozumieć ich za pierwszym razem, żadnej. Musieli powtórzyć coś 3-4 razy, zwolnić i być, w ich mniemaniu, hiperpoprawnymi, abym obył się bez tłumacza. A wszystko to przez akcent, zupełnie inny, niczym nie przypominający amerykańskiego czy brytyjskiego. Fascynujące było kiedy, że mój brat goszczący, powiedział mi, że przyjeżdżając tu pierwszy raz w wieku 12 lat, miał ten sam problem, choć wcześniej był kilkakrotnie na pobliskiej Grenadzie. Dwie wyspy oddalone od siebie ledwie o 150 km i diametralna różnica, wynikająca z kolonialnej przeszłości, która całkowicie ukształtowała dzisiejszy obraz tych wyspiarskich republik. Przez wieki były one tyglem kulturowym, w którym stopiły się przede wszystkim masy niewolników przywiezionych tutaj z Afryki, i europejskich kolonistów głównie z Anglii, Francji, Hiszpanii i Holandii. A później wymieszaną z potomkami siły roboczej sprowadzanej tutaj z Indii by zastąpić czarnych niewolników, którzy po emancypacji nie chcieli pracować więcej na plantacjach trzciny cukrowej. Teraz Indo-Trinidadians stanowią największą grupę etniczną. Wszystkie grupy modyfikowały wyspiarski akcent powodując, że każda wyspa, w zależności od narodowości kolonizatorów i imigrantów mówi teraz innym angielskim, niekiedy kompletnie różniącym się od siebie.
Na koniec, chciałbym wyrazić mój podziw dla wszystkich, którzy nauczyli się języka obcego za pomocą szkolnego podręcznika i puszczanych 2 razy na tydzień kaset magnetofonowych. Poznałem kilka osób, którzy udowodnili mi, że jest to, jak najbardziej, możliwe. Szacunek. Ja nigdy tego nie spróbowałem i chyba nie zdecyduję się, ucząc się w przyszłości francuskiego czy mandaryńskiego, tą samą, “błyskawiczną” metodą. Bo bez wątpienia można tak nazwać sposób na uzyskanie płynności językowej w przeciągu dwóch lat, pierwszego roku poświęconego na nudne studiowanie książek i poznawanie gramatycznych oraz leksykalnych podstaw, a później roku pełnego zanurzenia się w kulturze posługującej się konkretnym językiem. To naprawdę działa!
*CAE (Certificate in Advanced English) – to uznawany na całym świecie certyfikat z języka angielskiego na poziomie zaawansowanym. Przygotowanie do CAE wymaga ok. 750 – 800 godzin nauki języka angielskiego.
**CPE (Certificate of Proficiency in English) – to uznawany na całym świecie certyfikat z języka angielskiego na poziomie biegłości językowej.
Porozmawiajmy o… pogodzie!
marzec 12, 2009
Pogoda jest czymś tak nieciekawym, że do rozmów o niej uciekamy się, gdy wyczerpią się nam wszystkie inne tematy? Poniżej postaram się udowodnić, że niekoniecznie.

Zgłębiając informacje o efekcie cieplarnianym i zmieniającym się w globalnej skali klimacie, zwykłem bagatelizować ten problem, nie znajdując implikacji w otaczającym mnie środowisku. Dane statystyczne przedstawiające nienaturalnie skaczące słupki na wykresach analizujących opady, temperaturę czy inne czynniki klimatyczne imponowały i zaskakiwały, ale wiedza książkowa nigdy nie przemawia do wyobraźni tak jak obserwacja otaczającej Cię natury. Bezśnieżna zima czy deszczowe i chłodne lato w Polsce nie przekonywały mnie jednak do wagi problemu, a przynajmniej nie robiły takiego wrażenia jak wykłady profesorów prezentujących zdjęcia zalanych bungalowów na Malediwach, czy wręcz całych znikających archipelagów. Przestrzegających, że nasze dzieci nie będą mogły więcej podziwiać weneckiego Pałacu Dożów czy skarbów Sankt Patersburga, straszących nas szeregiem innych negatywnych skutków nadmiernej emisji gazów cieplarnianych, od pary wodnej, przez dwutlenek węgla i siarczany, na freonach i halonach kończąc. Póki nie wyjechałem z kraju moja wiedza, choć szeroka, nie była poparta żadnym ewidentnym przykładem, który uprawniałby mnie do zwrócenia uwagi koledze używającemu antyperspirantu bez informacji: „Freon Free”.
Dopiero teraz, mając za sobą zimę spędzoną w Południowej Karolinie, w której ze względu na szerokość geograficzną temperatura nie powinna spadać zwykle poniżej 10°C, osiągając ostateczne minimum około 0°C, zrozumiałem, że klimat na naszym globie szaleje. Zdałem sobie z tego sprawę dość boleśnie, ponieważ brak jakichkolwiek ciepłych ubrań (Mamo! Przecież nie będą potrzebne!…) przyniósł mi kilka nieprzyjemnych przeziebięń. Temperatura zaskoczyła nie tylko mnie, ale także autochtonów, którzy nie widzieli jeszcze podobnych anomalii. Oprócz notowania całych tygodni poniżej zera stopni (przypominam, średnia tem. stycznia wynosi 7°C) , najbardziej dotkliwa była nieregularność i nieprzewidywalność pogody. Oczywiście, mógłbym spodziewać się temperatur skaczących o 30 st. w przeciągu kilku godzin, jeśli wybierałbym się na rajd przez Saharę. Ale do głowy by mi nie przyszło, że zmiany temperatury z 25°C do -5°C z dnia na dzień możliwe są w wilgotnym klimacie podzwrotnikowym, w stanie, którego symbolem jest drzewo palmowe.
Do nieuchronnego przeredagowania podręczników do geografii przekonałem się ostatecznie odwiedzając Trynidad – najbardziej wysuniętą na południe cześć Karaibów, tylko 10 stopni na północ równika. Jechałem tam z bagażem wiedzy dostarczonym przez członków mojej rodziny goszczącej, która wywodzi się z pobliskiej Grenady i właśnie Trynidadu. Wśród garści informacji znalazły się te szczegółowo omawiające zawiłości tego zupełnie nieskomplikowanego klimatu, w którym pory roku sprowadzają się do dwóch: deszczowej i suchej. Kiedy zapytałem się o miesiąc z najwyższymi opadami, obawiając się, że w luty jest godnym kandydatem, uspokojono mnie od razu, zapewniając słoneczną pogodę i minimum 30 st., częstując jednocześnie krótkim przysłowiem opisującym poszczególne miesiące pory deszczowej, zaczynającej się, na szczęście, dopiero w czerwcu.
Z takim przeświadczeniem, 15 lutego, w sobotnią noc, wylądowałem w Port-of-Spain, stolicy wyspiarskiego kraju składającego się z Trynidadu, Tobago oraz kilku innych skrawków lądu oblanych wodą. Po wyjściu z samolotu, około trzeciej nad ranem, zderzyłem się ze ścianą gęstego, prawie namacalnego, wilgotnego i dusznego powietrza, myśląc: ok, całkiem przewidywalne na podrównikowej wyspie. Po przejściu paru kroków moje stopy zanurzyły się błotnistej kałuży, a moja głowa w obawach czy aby na pewno mogę oczekiwać pustynnego żaru przez cały okres pobytu. Obudzony rano przez pianie koguta, a może przez olbrzymie krople deszczu rozbijające się o kawał wygiętej, miedzianej blachy służącej za dach, próbowałem nie panikować, tłumacząc sobie, że w każdej porze suchej musi nastąpić wyładowanie atmosferyczne, przeciążenie pogody prażącym słońcem. Mojej teorii nie podpierały jednak żadne nocne wspomnienia grzmotów, gromów czy błysków. Osoby, z którymi tu przybyłem i na których wiedzy opierałem swoją niezachwianą wiarę w czekającą mnie tutaj spiekotę, wydawały się równie zdziwione, zapewniając mnie o bezchmurnej pogodzie następnego dnia. Minęło dziesięć dni. Jeden piękny i słoneczny oraz dziewięć pochmurnych, czasem deszczowych, niekiedy burzowych. Okazało się, ze czystego nieba nie widziano tutaj już niespełna dwa tygodnie i każdy go wyczekuje. Tubylcy przekonywali mnie, że taka sytuacja w lutym jest zupełnie niespotykana, chociaż w ostatnich latach podobne odchylenia zdarzają się coraz częściej…
Analizując dwa powyższe przypadki warunków pogodowych zupełnie przeczących informacjom, które znajdziemy w opracowaniach klimatycznych, takich jak podręczniki akademickie czy przewodniki turystyczne jestem pewny, że katastroficzne wizje prezentowane w filmie „Pojutrze” nie są kompletną fikcją i powinny być raczej klasyfikowane w kategoriach futurystki niż science-fiction.
Przyszłość.
grudzień 17, 2008
Czterdzieści stopni w cieniu. Duszno i parno. Nozdrza drażni specyficzny mdły zapach: rozgrzanego ciała, pieczonej kassawy i suszących się ryb. Za chwile spadnie deszcz. Tu na równiku pada codziennie. Warunki nie ułatwiają jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Afryka to miejsce, gdzie nędza czyni śmieci warte więcej niż złoto, gdzie bezbronny, bosonogi człowiek, pozbawiony jest informacji i zdobyczy techniki, a jego majątek zredukowany jest do jednej koszuli, garści ziarna i łyka wody.
Czy Afryka może wyglądać inaczej? Czy może być miejscem, gdzie zaawansowane technologie są zaprzężone by wspierać człowieka na każdym kroku?
Wyobraźcie sobie „Fabrykę”, gdzieś na Czarnym Lądzie. Elektrownia słoneczna współpracująca z maleńkim reaktorem atomowym (Hyperion Power Generation) zapewniają darmową energię. Studnie głębinowe dostarczające wodę pitną i nowoczesne urządzenia filtrujące deszczówkę zaopatrujące ludzi w wodę bieżącą. Możesz znaleźć tutaj szkołę podstawową i średnią na Zachodnim poziomie, szpital, w którym pracują niedawni absolwenci tutejszych szkół, którzy wrócili do swojej wioski zastąpić Europejskich lekarzy, Infrastrukturę pozwalającą efektywnie spędzać czas wolny. Klimatyzowane hale produkcyjne. Lotnisko pozwalające eksportować wyprodukowane ubrania prosto do krajów przeznaczenia. Europejczycy i amerykanie chętnie kupują marki sygnowane emblematem „Fabryki” mając świadomość, że pomagają zredukować biedę wywołaną przez ich przodków, ale też mogą ubierać się w wyroby projektowane przez najlepszych designerów, którzy chcą przyczynić się do powodzenia tego przełomowego przedsięwzięcia.
„Fabrykę” do życia powołała organizacja charytatywna stworzona głównie przez studentów amerykańskich uniwersytetów. Po opracowaniu biznesplanu oraz wstępnych zapewnieniach chęci podjęcia współpracy od kilku afrykańskich rządów, zaczęli zbierać pieniądze na stworzenie tego przełomowego modelu pomocy rozwojowej. Ich jasna i klarowna wizja przekonała mnóstwo ludzi, również tych wysoko postawionych w przemyśle czy showbiznesie, w przeciągu kilku lat udało zebrać się kilkadziesiąt milionów dolarów. Aktualne, zysk jest inwestowany w utrzymanie tej samowystarczalnej oazy oraz ekspansje i wyrównywanie szans w innych, stabilnych regionach Afryki. Model ten powielany przez inne organizacje, w innych państwach, z innymi profilami produkcji stał się nową jakością pomocy dla Afryki. Widzący realne efekty przywódcy innych państw zmieniają przepisy, przeprowadzają reformy, a wszystko to by przyciągnąć kolejne „Fabryki”. Afryka zyskała nową nadzieje…
***
Spodziewałem się, że łatwiej będzie mi przychodziło publikowanie tutaj czegoś interesującego. Niestety zupełnie nie mam czasu. Dlatego wybaczcie, ale wklejam tu artykuł, który ukaże się w lokalnej gazecie „Wieści z Głowna”. Kolejnymi razy też będę umieszczał na blogu elektroniczne wersje artykułów z mojej pierwszej, płatnej pracy – redaktora ;)
Afryka jako kontynent odsunięty na boczny tor a zarazem tak perspektywiczny zaczęła intrygować mnie w czasie przygotowań do Olimpiady Geograficznej oraz innych konkursów geograficznych. Czytając lektury poświęcone poszczególnym kontynentom to właśnie Czarny Ląd przykuł moją uwagę swoją trudną sytuacją, która czeka na rozwiązanie. To dzięki analizie jego geografii fizycznej i ekonomicznej zdefiniowałem swoją przyszłość.
Czytając o negatywnych skutkach pomocy humanitarnej dla Afryki zdałem sobie sprawę, że moje życie chciałbym poświęcić na stworzenie ekonomicznych szans rozwoju konkretnej sub-saharyjskiej społeczność. Wdrożenie w życie powyższego opisu nowoczesnej fabryki, która miałaby zrewolucjonizować podejście do tego kontynentu, tak jak amerykańskie inwestycje zrobiły to latach 70-tych w Chinach, stało się dla mnie życiowym celem. Jak mam go zrealizować?
Nie mogłem zostać w Polsce. W naszym kraju nie mógłbym nawet studiować tego co pomogłoby mi zrealizować te marzenia (ekonomii krajów rozwijających się). Wybór stał się jasny. Jeżeli chce kiedyś zrobić coś doniosłego, muszę znaleźć się w miejscu, gdzie będę mógł współpracować z ludźmi, którzy w przyszłości będą stanowić o intelektualnym, ale też realnym (politycznym) wymiarze tego Świata. Gdzie spotkam reprezentantów każdej rasy, kultury czy kraju, doświadczę różnorodności, przede wszystkim, poglądów. Gdzie będę mógł stworzyć zespół, zupełnie niezbędny do powodzenia moich planów. Muszę znaleźć się w miejscu, które pozwoli zrealizować tak ambitne plany marzycielowi pochodzącemu z małego miasteczka w Środkowej Europie.
Musiałem wyjechać rok wcześniej żeby pokonać barierę, której nie dało się w żaden sposób obejść. Nauka języka angielskiego na odpowiednim poziomie była absolutnym minimum. Po 4 miesiącach pobytu jestem w stanie czytać książki o Afryce, które w Polsce nie były dla mnie dostępne. Po 10 miesiącach powinienem zdobyć wystarczającą płynność. W tym roku dostać się na jedną z najlepszych uczelni na świecie może być jednak niemożliwe. Miałem do nadrobienia za duże zaległości. Jeżeli się nie uda, w następnym roku możecie spodziewać się Państwo relacji wolontariusza z jednej z wschodnio-afrykańskiej wiosek. Chciałbym pomóc jej siłą moich mięśni, przybliżając się do momentu, w którym będę mógł pomagać także siłą drzemiącą w moim intelekcie.
Aby potwierdzić, że nie jest to tylko wywód marzyciela patrzę na metkę moich spodni i czytam: „Made in Lesotho”. Ekonomiczna ekspansja w tym kierunku jest nieunikniona. Wyparcie mitycznego „Made in China” przez rzeczy produkowane w krajach afrykańskich to nie mój wymysł, przepowiadają to gwiazdy światowej ekonomii. Powodów jest mnóstwo, podam, ten najbardziej oczywisty. Chiny, Indie czy Brazylia – wschodzące światowe mocarstwa – przestają być źródłem taniej siły roboczej. Branże szukające tanie, niewykwalifikowanej siły roboczej muszą z stamtąd uciec, a jedynym miejscem, gdzie znajdą dobre warunki to właśnie Afryka. Argumenty w stylu: brak stabilizacji politycznej, infrastruktury, zły klimat, wrodzone lenistwo, kleptokraci u sterów, to wszystko generalizacja. W następnych artykułach postaram się rozwinąć temat i merytorycznie przekonać Was, dlaczego to musi się udać :)
Dlaczego Afryka?
Nie wiem co było pierwszym impulsem, mimo głębokiej introspekcji nie jestem w stanie przypomnieć sobie od czego tak naprawdę się zaczęło. Ważne jest to dlaczego cały czas jestem przekonany, że to będzie właśnie Ona :)
Człowiek
Najważniejszy cel to pomoc ludziom. Nic nie może być większą nagrodą niż miłość innych ludzi. Chce pomóc tym, którzy sami nie są w stanie sobie pomóc. Którzy urodzili się w bagnie i nigdy się z niego nie wydostaną, jeżeli nikt z zewnątrz ich z stamtąd nie wyciągnie. Uratowanie 1 osoby jest nieporównywalne z zarobieniem dodatkowego tysiąca, dziesięciu, stu tysięcy. Żadne pieniądze nie dadzą Ci tego co świadomość, że umożliwiłeś rozwój geniuszowi, którego los rzucił gdzieś do afrykańskiej wioski, i który w innym wypadku umarłby w niej nie wykorzystując swojego potencjału. Ludzie – to oni są najważniejsi.
- Oczywiście pomagaj ludziom, ale dlaczego w Afryce? Czy w Polsce nie ma wystarczająco dużo biedy?
WIĘKSZOŚĆ ludzi na świecie żyje za mniej niż 2 dolary dziennie. 700 milionów swoją wolę życia realizuje mając do dyspozycji mniej niż 1 dolara. Nie mają elektryczności, telefonu bierzącej wody, dostępu do podstawowej opieki medycznej, żadnej edukacji, a 40% ich dzieci nie dożyje 5 lat.
Oczywiście w Polsce jest mnóstwo trudnych środowisk. Dziecku alkoholika, bitemu w dzieciństwie, wychowanemu przez ulicę, równie trudno jest zmienić swój los, zostać kimś innym niż kopią swojego ojca. Jednak…! Nie można porównywać sytuacji w krajach rozwiniętych do tego co dzieje się w Trzecim Świecie. U nas bieda spowodowana jest niewykorzystaniem możliwości a nie ich brakiem. Każdy ma możliwości godnego życia. Tutaj pomoc tym zaklętym kręgom ubóstwa to pomoc psychologiczna tym osobom. Ja chciałbym budować, kreować szanse. A nie przekonywać ludzi do ich wykorzystywania. Nie chce być reformatorem społecznym.
Wyzwania i różnorodność
Może nie będzie to precyzyjna odpowiedź, ale kolejnym bodźcami są mnóstwo wyzwań, różnorodność, częste zmiany i inne, tego typu, aspekty, które będą wiązały się z moją „pracą”. Wszystko co pozwoli mi zawsze wziąć ją w cudzysłów. Nie chcę pracy w normalnym tego słowa znaczeniu. Nie chcę chodzić do pracy. Mieć szefa. Mieć ustalone godziny. Nie chcę wrzucać na siebie jarzma nudnej pracy, z którym będę musiał zmagać się całe życie. Ona jest za krótkie, żeby poświęcić je na zarabianie pieniędzy. Nie szukam zawodu. Chcę się bawić całe życie realizując pasje, cel. Nie chcę myśleć w pracy jak wydam następną pensję.
Być pierwszym
Utorować drogę. Zrobić coś innowacyjnego. Znaleźć sposób pomocy rozwojowej, który naprawdę zadziała. Pokazać, że mylili się Ci, którzy skazywali ten kontynent na straty. Udowodnić, że niemożliwe jest możliwe. Większość możliwości odkrycia czegoś nowego jest zarezerwowana dla naukowców. Odkrycie szczepionki na AIDS, zbudowanie nonorobota, który będzie usuwał zepsute komórki z naszego ciała. Nowe odkrycia w fizyce, chemii, matematyce to wszystko kiedyś mnie bardzo pociągało. Jednak nie potrafiłbym spędzić całego życia w laboratorium, pracować tylko teoretycznie. Mam inną naturę, potrzebuję współpracować z ludźmi. Chociaż jesteśmy, wydawałoby się, na tak wysokim poziomie rozwoju cywilizacyjnego to jednak można zostać pierwszym nie tylko w nauce. Jeszcze nikt skutecznie nie pomógł Afryce :)
Wait. Poczekajcie. Nie jestem szaleńcem, nie zrobię tego samemu! Potrzebuję zespołu, o czym wyżej wspominałem. Żeby zrobić coś równie przełomowego i doniosłego trzeba znaleźć zastęp ludzi o dużych możliwościach, podobnie poświęconych sprawie
Napisałem to wszystko, żebyście wiedzieli dlaczego tu jestem. Nie po to aby eksplorować “fantastyczną” kulturę Ameryki Północnej, ale żeby przybliżyć się do realizacji marzenia.
Jak się nie uda zawszę mogę zostać bajkopisarzem, prawda? ;)
Szkoła
wrzesień 7, 2008
I co, myślicie, że opiszę amerykański high school? Nie, informacji o typowej szkole średniej w USA musicie poszukać gdzieś indziej. Ja przedstawię wam R.O.M.C. Nie uczęszcza tam 2000 dzieciaków, nie ma tam czterech klas (freshman, sophomore, junior i senior), lekcje nie zaczynają się o 8.00, nie ma słynnej, godzinnej przerwy na lunch.
Rzeczywiście nie poznam tu życia normalnego liceum, do którego uczęszczają bohaterowie dobrze nam znanych filmów i 99% tutejszych nastolatków, nie zobaczę olbrzymich korytarzy wypełnionych szafkami, gdzie każdy chłopak ma zdjęcie najładniejszej cheerleaderki, a każda dziewczyna portret najlepszego szkolnego sportowca. Gorzej, nie poznam żadnej z tych pięknych dziewczyn dopingujących swoją drużynę, nie będę mógł też wystąpić w takim zespole, emocje związane z życiem szkolnej społeczności raczej mnie tutaj ominą. I powiem wam… Tak, żałuje. Szkoda że nie zweryfikuje moich wyobrażeń i obaw. Ale…
Czy mogłem trafić lepiej? Posłuchajcie jak wygląda Richland One Middle College.
Jestem jednym z 150 uczniów szkoły, która jest położona przy college’u, co powoduje, że zajęcia są prowadzone w tym samym kampusie co wykłady uniwersyteckie. Jest mała, ale tylko oficjalnie, tak naprawdę stwarza możliwość spotykania olbrzymiej ilości osób. Wszyscy licealiści znają się na wzajem. Generalnie ludzie są młodzi, do juniorów (odpowiednik naszej 2-klasy) chodzą nawet piętnastolatkowie, w seniorach, mało kto ma 18-lat. Jednak obok, jest college, gdzie widuje się już bardziej dojrzałe… osoby:P
Plan zajęć
Mój dzień zaczynam od biegania i zimnego prysznicu, później jem śniadanie, odrabiam lekcje, oglądam wiadomości, czasem pogram w bilard, czasem odwiedzimy kogoś z DJ-em. No dobra, a gdzie szkoła, powiecie? Spokojnie, to wszystko robię przed szkołą.Tak, tak:D plan zajęć jest kolejną zaletą nie do przecenienia. Uwaga!!! Zaczynam o… 12.45, a kończę lekcje o 17.00 :D Standardowo każdy uczeń ma 3 lekcje po 1,5 godziny. Przerwy są tak krótkie, że trudno zjeść batonika ;( :P
Przedmioty
W tym semestrze moje szkolne zainteresowania zredukowane zostały do: matematyki, historii Stanów i psychologii.
Pre-Calculus jest ostatnim kursem z matmy w high school’u, po Algebrze I i II, Trygonometrii i Geometrii, tutaj mamy całą resztę: funkcje, prawdopodobieństwo, geometrie przestrzenną, matryce i wiele innych dość dziwnych tematów. Ogólnie matma w Stanach jest na mile szeroka, a na cal głęboka. Zakres materiału jest imponujący, ale jego trudność pozwala ukończyć kurs każdemu. Ja też nie mam problemów ze zdobywaniem 100% ;)
Psychologia – całkiem interesujący przedmiot z grupy tych mniej obowiązkowych, tzn nie trzeba go zdać, żeby być graduated. Prowadzony jest przez nijakiego Mr. Erwina, człowiek niesamowicie wyluzowany (o stosunkach nauczyciel – uczeń w innym paragrafie), który nie przywiązuje dużej wagi do tego przedmiotu, a poza tym ma małe dziecko w przedszkolu, które trzeba odbierać przed 17.30, bo inaczej, kara wynosi $50. Dlatego kończę lekcje o 25 minut wcześniej, o 17.00 zamiast 17.25. Na tym przedmiocie pracujemy tylko w klasie, zero homework’ów, dlatego traktuje go bardziej jako trening słownictwa, chociaż nauce psychologii nie można odmówić przyszłej użyteczności.
U.S. History, bardzo kontrowersyjny przedmiot. Każdy z kim rozmawiam uważa go za banalny. Bo jak niby można porównać nasze 4 tysiące lat europejskiej tradycji, nie licząc 1000-letniej historii naszego narodu, do przeszłości kraju, którego początki umiejscowimy na linii czasu bliżej urodzin naszych niż Hannibala. Czy w takim razie, dzieje Stanów Zjednoczony można przyswoić w weekend, ostatecznie w tydzień lekkiej pracy? NIE! Choć słyszałem głosy oburzenia, świetnie zorientowanych osób z Polski, których informowałem o tym FAKCIE.
Mój kurs to 5 spotkań po 1,5 godziny w tygodniu, książka, która ma ponad 1200 stron!, obowiązkowe filmy historyczne i uwierzcie mi, wiele nauki. Każda dekada ich przeszłości jest rozpatrywana bardzo dokładnie, szczegółowo omawia się nie tylko konstytucje, ale każdy ważniejszy dokument czy ważną mowę inaugurującą obrady parlamentu. Analiza ustawy zasadniczej nie sprowadza się do wymienienia najważniejszych przesłanek w niej zawartych, tutaj każdy artykuł rozpatruje się odpowiadając na ponad 20 pytań traktujących o prawdziwych sytuacjach z życia obywateli, w których prawa z Bill of Rights mają zastosowanie.
Technologia
Jeszcze wam mało? A co powiecie na darmowego laptopa (Core™ 2 Duo, 1 GHz i reszta naprawdę dobrych osiągów)? Naprawdę dobrze pracuje się na tym sprzęcie świetnie, szkoda, że w maju będę go musiał oddać. Niestety nie dają ich tutaj na zawsze. Nie zmienia to faktu, że każdy ma swój komputer, na którym może robić notatki, słuchać muzyki i przede wszystkim korzystać z internetu w każdym miejscu w szkole i w każdym czasie. Kiedy na przykład skończysz zadania z matmy, możesz pisać notkę na swojego bloga;) Poza tym laptopy są naprawdę potrzebne w szkole. Technologicznie Amerykanie są bardzo do przodu. Rzeczy, które robisz u nas na zajęciach z TI, tutaj stosujesz w praktyce. Prace domowe wysyłasz nauczycielom na maila, z którego wcześniej musiałeś ściągnąć polecenia. Wszystko działa naprawdę sprawnie. W obowiązkach ucznia jest codzienne, ranne sprawdzanie szkolnej skrzynki. W każdej pracowni zainstalowany jest projektor, którego nie trzeba pożyczać od szkolnego informatyka :/ :)
Nauczyciel vs. uczeń
Kontakt z gronem pedagogicznym? Niesamowita sprawa! Może istnieją u nas szkoły, gdzie podchodzisz do dyrektora i pytasz się go jak leci, ściskach się na przywitanie z nauczycielką od historii czy witasz się z gościem w dredach do pasa, jakąś dziwną sekwencją ruchów, ale ja o nich nie słyszałem. Nie licząc takich, gdzie chamstwo otacza Cię zewsząd, a ignorancja i obcesowy stosunek charakteryzuje relacje nie tylko z profesorami ale także te między rówieśnikami. Ale to inna bajka. Tutaj ludzie odnoszą się do siebie z szacunkiem, choć na początku, dla przybysza z zewnątrz, wygląda to trochę inaczej. Chodzi mi o to całkowite wyluzowanie, niewymuszone zachowanie w każdym momencie. Robi wrażenie! A po pewnym czasie, nawet pozytywne:P
System nauczania.
Regularność. Najważniejsza jest regularność. W swojej przygodzie z uczeniem się doszedłem do tego już dużo wcześniej, ale zawsze miałem problemy z zastosowaniem tego w praktyce. W Polsce wymaga to ogromnej samodyscypliny. Ale dzięki niej i dobremu zarządzeniu czasem zrobić można dosłownie wszystko Można, ale trzeba potrafić się kontrolować. A tutaj system edukacji robi to za Ciebie. W szkole jesteśmy oceniani codziennie. Praca domowa, quiz, prezentacja. Kiedy wykonujemy jakiś projekt, który wymaga dłuższego przygotowania, nie wykonasz go dzień przed, ponieważ wcześniej, dwa-trzy razy oceniane są poszczególne etapy pracy. Częste sprawdzanie wiedzy pomaga niesamowicie. Skraca naukę i daje Ci więcej czasu. Wiem, że to wyświechtane frazesy, do tego używane przez nauczycieli, ale na własnej skórze oraz przykładach z otoczenia pozytywnie je weryfikuje.
Poziom!!!
Ulubionym argumentem każdego, kto krytykował mój wyjazd, albo chciał mi trochę dogryźć było przytaczanie poziomu wiedzy Amerykanów. A właściwie szydzenie z jej braku, który dokumentują słynne filmiki na YouTube. Po miesiącu w tutejszej szkole, refleksje, które mi się nasuwają są podobne do obrazu, który wyobrażałem sobie przed przyjazdem. Ludzie nie są głupi, nie są opóźnieni. Porównując statycznych licealistów (a na takich trafiłem) z większością Polaków w naszym wieku, trudno dostrzec różnicę. Ich wiedza jest podobna, może na różnych polach reprezentujemy inny jej poziom, ale sumarycznie wydaje się być zbliżona.
Czy chce przez to powiedzieć, że mogę z mieszkańcem Stanów porozmawiać na każdy temat, który mnie interesuje? Niestety, nie! Jest to trudne, bo zbyt szybko nudzi ich dialog, który wymaga odwoływania się do faktów, z pozoru, „szkolnych”, do pokładów nabytej wiedzy. Tylko szkopuł tkwi w tym, że nie jest to domena obywateli, akurat tego kraju. Nie rozpatrujmy tego w wymiarze narodowym, ale spójrzmy na to z perspektywy społecznej. Postawę obojętności na zdobywanie nowych wiadomości, odkrywanie nieznanych faktów, poszerzania swoich horyzontów reprezentują obywatele każdego państwa. I nie widzę podstaw, żeby akurat Amerykanów uważać za wyjątkowo opornych. Nie jest to miejsce do rozpatrywania przyczyn tej ignorancji, ale pozwólcie napomknąć o kilku powodach, wywołujących uczycie zwątpienia w obserwatorze tego letargu. Brak ambicji, totalne niezainteresowanie otaczającym Cię światem, odbieranie go przez jakąś zasłonę, bierne przyglądanie się rzeczywistości i niechęć do zmian. Te sprawy, jak tylko głębiej je rozważam wydają się stanowić podstawę nieszczęścia wielu ludzi, a we mnie wywołują odczucia skrajnej złości i przy tym ogromnej bezsilności.
Podsumowując, jeszcze raz podkreślę, że jestem bardzo zadowolony, że trafiłem właśnie tu. Atuty jakimi są rozkład zajęć, ich liczba i stopień trudność powodują, że będę mógł w pełni wykorzystać ten wyjazd, skupiając się na celach, które mnie tu przywiodły, czyli nauce języka, ale także dostaniu się na któryś z wymarzonych uniwersytetów.
Czytelniku :P chociaż nie dowiedziałeś się wiele o typowym liceum po drugiej stronie Atlantyku, to zakładam, że osiągnąłeś cel swojej wizyty i po przebrnięciu przez ten długawy tekst, znasz już realia, które ja spotkałem w swoim high school’u. Choć się rozpisałem to nie wyczerpałem wszystkich tematów związanych ze szkołą, a przecież chce Ci opisać też inne aspekty mojego amerykańskiego snu. Następnym razem postaram przedstawić Ci moją goszczącą rodzinę.
Idea tego blogu cały czas ewoluowała w mojej głowie. Od miejsca, w którym opisywałbym ten rok, tak aby pomóc potencjalnym kandydatom, zdecydować się na podobny wyjazd, przez pamiętnik, gdzie będę przedstawiał mój pobyt w Columbii pragnąc podzielić się wrażeniami z najbliższymi znajomymi i przyjaciółmi, do ostatecznej wersji, którą widzicie przed sobą. Czyli dość uniwersalnej propozycji zarówno dla tych, którzy są bardziej zainteresowani mną, jak i dla tych, których sprowadziła tu potrzeba zaczerpnięcia informacji o „Roku szkolnym w USA”. Mam nadzieje, że uda mi się znaleźć ścieżkę pomiędzy pisaniem codziennych notek na moim blogasku o tym jak spędzałem każdy dzień i proszenia was o komentowanie moich dokonań a prezentowaniem suchych faktów, które spotkają uczestników programów takich jak mój.
Choć bawi mnie komentowanie blogów opisujących jakiej dzisiaj słuchałem muzyki i co jadłem na śniadanie (co nie znaczy, że nie napiszę nigdy o jedzeniu;) to zachęcam do zadawania wszystkich pytań dotyczących konkretnego tematu, właśnie w komentarzach. Tak więc, jeżeli macie osobiste sprawy piszcie na mail’a, ale jeśli nurtuje was , w tym przypadku, temat szkoły, to lepszym wyjściem będzie umieszczanie tego na tutaj, co pozwoli rozwinąć wątek wzbogacając go o sprawy, które mi nie przyszły do głowy.
Najwyższy czas zacząć!
sierpień 26, 2008
Wszystko jest inne! Wszystko! Nawet puszka od coli czy wygląd McDonnalda. Ja też jestem inny niż byłem w Polsce. Z drugiej strony choć wszystko się różni to nie przesadzajmy, różnice nie są duże. Szczególnie ja zmieniłem się niewiele . Ale może po kolei.
Columbia, stolica Południowej Karoliny, USA. Jestem tu prawie od miesiąca. Jak jest? Jest dobrze. Nie jest lepiej niż w Polsce, ani nie jest gorzej. Moje samopoczucie jest takie jak zawsze – :) Rzecz nigdy nie jest dobra ani zła sama w sobie, wszystko zależy od tego jak na nią patrzysz, a ja staram się zawsze patrzyć na świat przez różowe okulary. I nie znaczy to, że go idealizuje i żyje w świecie marzeń – jak niektórzy myślą:] Więc nie pytajcie o mój humor bo on rzadko się zmienia. Trudno mnie wprawić w stan smutku, ale też nie ekscytuje się błahostkami. Jeżeli już coś zmieni mój humor to będzie to rzecz na tyle ważna, że na pewno o niej napisze. Lepiej zapytajcie o otoczenie, a jest o czym opowiadać. Jest też o czym posłuchać oczywiście pod warunkiem, że kogoś to interesuje.
We wtorek 29.lipca jednym lotem zmieniłem wszystko. Lotem do Nowego Jorku zacząłem coś co wydaje się naprawdę ciekawe. Około 13.40 na Okęciu, po pożegnaniach z rodzicami (mama oczywiście płakała) i małych zakupach w strefie bezcłowej poznałem 5 ludzi, którzy też postanowili zrobić coś innego w tym roku. Piątka Warszawiaków z którymi spędziłem lot i 3 dni w Nowym Jorku to: Agnieszka, Zosia, Cynthia, Artur i Gugix. Naprawdę fantastyczni ludzie. Razem sprawiliśmy, że lot był dobrą zabawą i zamiast 9 godzin , jak było w rzeczywistości, trwał może…4.
Po przyjeździe do Nowego Jorku odebrał nas człowiek z CIEE (agencji, która to wszystko organizowała). Maciek okazał się Polakiem. Cały pobyt w Wielkim Jabłku sprowadzał się do krótkiej wycieczki i kilku spotkań informacyjnych, na których np. tłumaczyli nam, jak sprawnie UNIKAĆ kontaktów seksualnych. Tak, tak, unikać. Mam nadzieję, że po tej lekcji nie ulegnę żadnej gorącej murzynce. A okazuje się, że nie będzie to takie łatwe :P
Nowy Jork? Na początku z okien autobusu – ta… no ładnie… ciekawie…trochę wyżej i więcej niż w Warszawie. Po zobaczeniu tego wszystkiego z góry, z Rockeffeler Center – WOOW! Naprawę zrobiło na mnie wrażenie. Monumentalnie! Później, stojąc już na dole i widząc ulice otoczone tymi olbrzymimi budynkami, po raz kolejny moja uwaga została przykuta na coś innego niż piękne dziewczyny z programu ;) Rzeczą, która podobała mi się najbardziej była różnorodność ludzi. Coś czego w Polsce nie spotka się nigdzie. Coś czego nie zobaczymy nigdzie, na całym świecie. W jednej kolejce do “straganu” sprzedającego koszulki z napisem „I love NY” stali: Hindusi w swoich tradycyjnych strojach, Arabowie, murzyni, Indianie, harleyowcy i inni wydawałoby się wykluczający się na wzajem reprezentanci różnych kultur. I nikt na nikogo nie patrzył się ze zdziwieniem, totalna tolerancja, prawdziwy tygiel kulturowy. Możesz tutaj robić naprawdę dziwne rzeczy i nikogo to nie zdziwi.
Spędziłem z tymi ludźmi 2 dni, a naprawdę było mi przykro kiedy doleciałem do Columbii i wiedziałem , że nie zobaczę ich przynajmniej przez rok, a może już nigdy. Po rozpakowaniu walizek zdałem sobie również sprawę, że nie zobaczę w tym roku nikogo z moich znajomych z Polski. Żeby sobie w pełni uświadomić coś co powinno być dla mnie oczywiste już od kwietnia, potrzebowałem szoku jakim było całkowite odcięcie się od naszego języka. Zerwałem ze wszystkim co było dla mnie znajome. Wypłynąłem naprawdę na głęboką wodę. Znalazłem się na środku basenu i nie miałem czego się złapać. Zacząłem więc balansować, powoli czuje się tutaj coraz pewniej. Uczę się jak w tym wszystkim nie utonąć. Zaczynam rozumieć ludzi. Ich slang nie jest już totalnym bełkotem. Jest coraz lepiej :)